Honduras. Przepraszam, co?!
„Na ulicy zatrzymuję się przy grupie Indian Lenca i pytam: „Dzień dobry, czy wiedzą może Państwo gdzie jest poczta”? Dziesięć par oczu wbija się we mnie i Olgę. Lencowie mają otwarte usta, ale nic się z nich nie wydobywa. Stoją oni i my stoimy. Mijają dwie krępujące, chyba tylko nas, minuty milczenia. Odzywam się ja: „Dziękuję”, odwracam na pięcie i odchodzę. Rodzina trwa „nieruchoma”.
Miami sklecone z palm
Jak cudownie jest się obudzić, otworzyć okno i mieć przed sobą plażę i widok na Morze Karaibskie! Nic, że pokój ma 4 m2, jest nieotynkowany, a jedyne urozmaicenie stanowi zbite z desek łóżko i dyndająca nad nim żarówka.
Znajdujemy się na ziemi ludu Garifuna – czarnoskórych mieszkańców ciepłego wybrzeża Ameryki Centralnej. Naszym celem jest Park Narodowy Jannet Kawas, a największym wyzwaniem okazuje się dotarcie do niego. Na początek kolorowa kamioneta wiezie nas do Miami. Zbite z pni palmowych domki na plaży są domem dla niedużej społeczności, która żyje głównie z turystów i rybołówstwa. Stąd do wbijającego się w morze cypla parku jest jeszcze 8 km. Nie ma dróg. Można iść plażą albo wynająć łódź. Brak czasu nie pozwala nam na spacer, a za łódź żądają od nas 200$! Tyle zwykle wydajemy na nas dwie w ciągu 7 dni.

Młody chłopak przewozi nas na drugą stronę rzeki w swoim czółnie. Tam padamy na piasek i się buntujemy – nie uda nam się zobaczyć najpiękniejszej części parku. Szczęście początkującego, to chyba najlepsze określenie tego, co nas zaraz spotka. Z przepływającej koło nas łodzi rybackiej słychać krzyki: Hola! A donde van? (Cześć! Dokąd zmierzacie?). Biegnę na skraj plaży, żeby sprawdzić, o co chodzi. Mamy szczęście. Rybacy chcą nas zabrać na Punta Sal (cypel) i to zupełnie za darmo.
Na miejscu wita nas Pedro, strażnik parku. Po uiszczeniu opłaty za wstęp zabiera nas na wycieczkę. Przedzieramy się przez wilgotny las na drugą stronę półwyspu, aby dotrzeć do najpiękniejszych zatoczek. Każda z nich ma swoją romantyczną nazwę. Latynosi to przecież nie tylko macho, ale i romantycy.
Wybrzeże Hondurasu ma swoją historię. Kraj wielokrotnie nękany był huraganami. Mitch – najokrutniejszy z nich zabił w 1998 roku ponad 10 tysięcy ludzi i spowodował ogromne straty. Wiele osób straciło cały dobytek i do dziś nie zdążyło go odzyskać.
Honduras to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Środkowej i jak większość krajów Trzeciego Świata boryka się z wieloma problemami. Wpływy z turystyki są szansą na odbudowanie zniszczonych terenów i polepszenie sytuacji mieszkańców. Największy ruch turystyczny koncentruje się w okolicach Ceiby i na wyspach Bay Islands. Ceiba stanowi bazę wypadową w pobliskie góry i ma regularne połączenia promowe z wyspami. Te drugie cieszą się szczególną popularnością. Útila, Roatán i Guanaja zyskały sławę jednego z najtańszych miejsc na świecie do zrobienia uprawnień nurkowych. W ich okolicach znajduje się kilkadziesiąt mniejszych wysepek nazywanych Cayos.
Zamiast kursu nurkowania wybieramy się właśnie na jedną z nich. Kapitan Jake – zniszczony przez słońce… i rum mężczyzna zawozi nas swoją małą łódką do raju. Kokosowa wysepka na lazurowym morzu wydaje się być zupełnie zapomniana przez turystów, a jednak… w samym jej sercu napotykamy rozwieszony hamak i zwęglone drzewo. Leżące obok plecaki wskazują na to, że mieszkańcy wyspy z pewnością nie są miejscowi. Więc kto? Jak się szybko okazuje na Cayo mieszka dwóch młodych chłopaków z Niemczech. Zarośnięci jak Robinson Crusoe są tu już od trzech miesięcy. Mają jeden hamak, na którym śpią na zmianę, cały dzień plażują, nurkują z fajką, przechadzają się po mikro wysepce, zrywają kokosy, łowią ryby, a wieczorem piszą opowiadania. Wspólnie przyznajemy, że Cayo jest cudowne, ale więcej niż trzy dni byśmy tu nie zabawiły.
Copán – Paryż Majów
W swojej książce „1491. Ameryka przed Kolumbem” Charles Mann przedstawia wyniki badań archeologicznych ostatnich dziesięcioleci. Wynika z nich, że w chwili przybycia Kolumba na Hispaniolę (obecna Dominikana) w Amerykach żyło więcej ludzi niż w Europie. Największym miastem było blisko milionowe Tenochtitlan w Meksyku. Miało sprawne wodociągi, ogrody botaniczne oraz nieskazitelnie czyste ulice, czym nie mogła się pochwalić żadna ze stolic Starego Świata. Indiańscy rolnicy wyhodowali kukurydzę i potrafili prowadzić uprawy w tropikalnej dżungli bez jej niszczenia. Matematyka, astronomia i pismo były w Mezoameryce rozwinięte nie gorzej niż u Sumerów.
Copán znajduje się w zachodniej części Hondurasu nad rzeką Río Copán. Ruiny Majów po stronie Hondurasu różnią się troszkę od tych, które widziałyśmy w Gwatemali. Nie są rozproszone tylko skoncentrowane na niewielkim obszarze. Na podstawie badań archeologicznych oszacowano liczbę mieszkańców, która w okresie świetności miasta (V – VII n.e.) wynosiła około 200 tysięcy. Majowie opuścili Copán po 900 roku pozostawiając po sobie świątynie zbudowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, pięć wielkich dziedzińców, liczne stele (kamienne płyty z płaskorzeźbami) oraz boisko do gry w pelotę. Obecnie zabawa ta oznacza rodzaj tenisa, w którym piłkę odbija się ręką o ścianę. Majowie preferowali nieco inny gatunek tej rozrywki. W ich wersji, w pelotę grało się za pomocą nóg, a piłką była… ludzką głowa.
Archeolodzy do dziś próbują odczytać pismo Majów. Nie należy to do najłatwiejszych zadań, gdyż kamienie z wykutymi w nich symbolami zostały poukładane nie na swoich miejscach. Wiele kawałków wywieziono z kraju i nigdy nie wróciły na swoje miejsce. Do dziś jest owiane tajemnicą, kto kryje się za licznymi kradzieżami. Przewodnik objaśniał nam, że było to wynikiem korupcji. W związku z tym ruin, w całości już nigdy nie będzie można oglądać. Szkoda.
Pożywienie Majów było bardzo ubogie w składniki odżywcze, w związku z tym średnia życia wynosiła około 30-35 lat. Antropolodzy wiążą koniec ich kultury z dużą chorowitością społeczności, której głównym priorytetem była wiara w bóstwa, a nie dbałość o życie doczesne.
Copán jest świetnym miejscem na jednodniową wycieczkę. Bogate zdobienia, płaskorzeźby, wzory sprawiły, że do miasta przywarło określenie Paryż. Gwatemalski Tikal natomiast nazywany jest Nowym Jorkiem kultury Majów, ze względu na wysokie, niemal jak drapacze chmur, piramidy.

Gracias, czyli dziękuję
Do zagubionego wśród gór miasteczka o takowej nazwie dotarłyśmy całkiem przypadkiem. Miałyśmy zostać w gościnie u rodziny z organizacji SERVAS, ale na miejscu okazało się, że nikogo nie ma w domu… Próbowałyśmy dzwonić do hostów, ale bez skutku. Najzabawniejsze z wszystkiego okazało się, że za telefon należy zapłacić nawet jeśli nie uzyskało się połączenia z numerem. Ostatecznie wylądowałyśmy z namiotem na Finca Bavaria (finca z hiszp. ranczo) wśród kilkudziesięciu tysięcy drzewek kawy i bananowców.
Z rana zaplanowałyśmy wycieczkę do indiańskiej mieściny La Campa, słynącej z garncarstwa. Zanim jednak złapiemy busa musimy poszukać poczty, aby wysłać kartki. Na ulicy zatrzymuję się przy grupie Indian Lenca i pytam: „Dzień dobry, czy wiedzą może Państwo gdzie jest poczta”? Dziesięć par oczu wbija się we mnie i Olgę. Lencowie mają otwarte usta, ale nic się z nich nie wydobywa. Stoją oni i my stoimy. Mijają dwie krępujące, chyba tylko nas, minuty milczenia. Odzywam się ja: „Dziękuję”, odwracam na pięcie i odchodzę. Rodzina trwa nieruchoma jak przedtem. Hmmm… Czasem tak po prostu bywa. Ludzie nie zawsze chcą z nami rozmawiać. Ci byli wyraźnie przestraszeni, a my przecież nie chcemy nikogo straszyć.
Autobus do La Campy psuje się w połowie drogi. Całą godzinę stoimy w tłumie kolorowych Indian. Nieasfaltowane drogi pokryte są suchym piachem i grubą warstwą pyłu. Każdy przejeżdżający pojazd pozostawia po sobie chmury kurzu. Wszyscy schylają głowy, zakrywają usta i oczy, nakładają na głowy koszulki, chustki. Do miasteczka dojeżdżamy szare.
Wioska okazuje się cudowna. Leniwy tryb życia jej mieszkańców udziela się i nam. Przechadzamy się spokojnie po uliczkach, zaglądamy do sklepików z wyrobami rzemieślniczymi. Ludzie są pogodni i dużo bardziej rozmowni niż napotkana w Gra
————————————————————————————————————————————-
Forum Polish Explorer Dodaj zdjęcia Dodaj przygodę Galeria Polish Explorer Login / Rejestracja
cias rodzina. Zaczepiają nas, witają, obdarowują owocami – żyć nie umierać!
Popularność : 6%




















