Guatemala for Dummies czyli przygoda w Ameryce Środkowej
„Unoszący się kilogramami pył osiada na pasażerach, cztery osoby na podwójnym siedzeniu, zewsząd głośna muzyka, kierowca szaleniec, pomagier biegający w trakcie jazdy po dachu. Wokół kukurydziane i bananowe plantacje i kilometry krętych serpentyn dziurawych dróg. Tego się nie da zapomnieć. To Gwatemala!”
Stojąc z torebkami wypchanymi ściągami zmierzałyśmy na najtrudniejszy egzamin na studiach – fizjologię. Trochę stresu i jesteśmy wolne - wakacje! Niecałe dwa tygodnie później wraz z dwiema koleżankami czekamy na Okęciu na opóźniony lot na Florydę. Mało biletów ze szczęścia nie zjadłyśmy wsiadając do samolotu. To nasz pierwszy lot do Stanów w ramach studenckiego programu work & travel.
Już w kraju snułyśmy plany, co zwiedzimy i co koniecznie musimy zobaczyć. W końcu Stany mają tak fantastyczne parki narodowe. Nieco głębiej w głowie jawił się nam inny pomysł - Ameryka Łacińska. Kilka tygodni później przypadkiem znajdujemy w internecie tanie połączenie lotnicze do Gwatemali. Chwila namysłu i zapada decyzja o wizycie w tym egzotycznym kraju. To czyste szaleństwo, mamy zaledwie po 22 lata, po raz pierwszy opuściłyśmy Europę, trafiłyśmy do Stanów, a teraz zamiast wracać na studia ciągnie nas w świat. Nie mamy żadnych konkretnych planów, jedziemy całkowicie w ciemno i nie wiemy, kiedy skończymy naszą podróż, ani gdzie ostatecznie dotrzemy.

Większości nie trzeba tłumaczyć gdzie leży Peru, kim byli Majowie, ale nazwa Honduras, Nikaragua, jeśli już - to wywołuje raczej pejoratywne skojarzenia niebezpiecznych krajów Trzeciego Świata. Znajomi pytali się nas, „dziewczyny nie boicie się”!? Cóż, nie raz wyobraźnia straszyłanas katastroficznymi wizjami napadów, kradzieży czy porwań. Na duchu podtrzymywała nas jednak chęć odkrywania i spełnienia najskrytrzych marzeń. Przeważyła ciekawość i potrzeba konsekwencji. W końcu kupiłyśmy bilety lotnicze, więc trochę za późno było na zmianę planów.
Nie ma stolic doskonałych są tylko te niebezpieczne albo drogie
Podróż zaczęła się feralnie. Na lotnisku w Miami robią nam problemy z wejściem na pokład samolotu. Nie mamy biletu powrotnego! Fakt, promocja była przecież tylko w jedną stroną i nie zastanawiałyśmy się jeszcze nad sposobem naszego powrotu. W końcu mogłyśmy przecież Amerykę przemierzyć pieszo, dopłynąć do USA statkiem, czy wynająć konie. Żołnierze ze straży granicznej nie mają jednak ani wyobraźni, ani poczucia humoru. W końcu po burzliwych negocjacjach dostajemy zgodę na podroż, bez gwarancji, że gwatemalska policja nie odeśle nas do Miami tym samym samolotem.
Na miejscu nikt nas o nic nie spytał, niczego nie sprawdzał, odprawę przechodzimy bez problemów. Wyjście z lotniska i zderzenie z nową rzeczywistością było dla nas mieszanką niewymiernych doznań: ludzie, kolory, chałas, dzieci, kraty, stroje, ciekawe spojrzenia i wszechobecna broń. Na ulicach ochraniarze z karabinami większymi od siebie (średnia wzrostu na nasze oko to nie więcej niż 155 cm) dzielnie strzegą nawet sandałów w sklepie obuwniczym. Domy Gwatemala City odizolowane są od ulic wysokimi murami, na których topach świecą się ostre jak sztylety kawałki szkła. Po ulicach ścigają się kolorowe kamionetki (nieco zdezelowane, amerykańskie szkolne autobusy). W środku panuje niemiłosierny ścisk i zaduch spoconych ciał. Na szczęście wszystkie okna są pootwierane. W mieście nie ma przystanków, właściwe wysiada i wsiada się w biegu. We wszystkim pomagają naganiacze. Wolimy poczekać na naszego opiekuna z organizacji SERVAS Jose Roberto. W końcu zjawił się i przewiózł nas bezpiecznie do swojego domu na przedmieściach. Będzie to nasza baza wypadowa w najbliższym czasie. Naszym celem w Gwatemali staje się wciśnięte między trzy wulkany szmaragdowe jezioro - Lago de Atitlan. Na zboczu jednej z gór, nad samym jego brzegiem leży wioska San Pedro. Momentalnie zakochujemy się w tym urokliwym miejscu i postanowiamy spędzić tu co najmniej kilka tygodni.

Chapin
Gwatemalczycy - mogłabym napisać cały esej o tym narodzie. Są bardzo ciepli, otwarci, życzliwi. Są tak samo ciekawi nas, jak my ich. Byle pretekst stanowi przyczynę całej dyskusji. Zadajemy proste pytania “co to?” szukając na targu warzywnym czegoś w naszym mniemaniu zjadliwego. Podają nam nazwę, która i tak nam nic nie mówi lub odpowiadają po prostu comida (jedzenie). Gdy zapuszczamy się w miejsca rzadziej odwiedzane przez turystów, okoliczni mieszkańcy zwyczajnie się na nas gapią.My też, bo widok Indianina jest dla nas niezwykle ekscytujący. Noszą na sobie niezwykle barwne ubrania, kolorowe czapki i służące ozdobie złote ramki na zębach. Trochę irytuje nas ich powolność w mowie i sposobie myślenia. Najbardziej jednak wkurzają tony śmieci wyrzucane gdzie popadnie. Termin estetyka ma w Gwatemali zupełnie inne znaczenie. Ważne aby w domu było czysto, ale ogródek czy ulice to już inna sprawa. Podczas jazdy autobusem, za okno wyrzuca się wszystko co zbędne, a jedynym ograniczeniem jest wielkość odpadku - musi przecież zmieścić się w ramie. Wszędzie poniewierają się plastikowe woreczki – „bolsy”. W Gwatemali pakuje się w nie wszystko, łącznie z napojami. Sprzedawca otworzy puszkę i wleje wybrane picie do woreczka, dołoży grubą słomkę, zawiąże supełek i godowe!
W małych wioskach ściany budynków zdobią wielkie napisy “Dios te ama” (Bóg Cię kocha). Brzmi trochę jak slogan reklamowy, ale Ci ludzie właśnie tacy są. I ten ich nie schodzący z twarzy uśmiech, serdeczne powitanie na ulicy wypowiadane bez zastanowienia. Przestaje przeszkadzać nam ich analfabetyzm i siermiężna prostota. Czujemy się wśród „Chapin” (określenie Gwatemalczyków) jak u siebie w domu. Udziela się nam atmosfera luzu, braku pośpiechu. Autobusy, które z początku nas przerażały stały się ulubionym środkiem transportu. Unoszący się kilogramami pył osiada na pasażerach, cztery osoby na podwójnym siedzeniu, głośna muzyka, kierowca szaleniec, pomagier szofera biegający w trakcie jazdy po dachu. Widoki kukurydzianych i bananowych pól. Kręte serpentyny dziurawych dróg. Tego się nie da zapomnieć. Każdy taki wyjazd to podróż w nieznane. Nie wiesz czy będziesz mieć powrotnego busa, czy coś się nie urwie, czy się nie zepsuje, czy nie będziesz zmuszony nocować na środku drogi lub czy nie utkniesz w zapomnianej przez świat wiosce. Przynajmniej o jedzenie nie trzeba się martwic, „samo przyjdzie”. Handel obnośny w Gwatemali opanowano do perfekcji. Czy na przystanku, czy w czasie jazdy – zawsze ktoś ma coś do zaoferowania. I tak z chickenbusa wychodzimy zwykle z pękatymi brzuchami i kolejnym podejrzanym specjałem na koncie.
W raju dla Gringo
Drugim cudownym naszym odkryciem jest maleńka wioska w środku dżungli – Lanquin, a w niej El Retro - ranczo położone nad rzeką, składające się z kilku bambusowych domków na palach (przed każdym nieodłączny hamak) oraz restauracyjki pod palmowym dachem. Taki zaciszny raj dla strudzonych wędrowców z całego świata. Stąd 15 min jeepem i już jesteśmy w parku Semuc Champey gdzie szmaragdowa woda spływa olbrzymimi, kaskadowymi tarasami. Okolice wioski oferują także dostęp do najatrakcyjniejszych jaskiń. Żeby obejrzeć jedną z nich trzeba płynąć pod prąd wylewającej się z niej rzeki jednocześnie oświetlając sobie drogę świecą. Słuchamy uważnie każdego polecenia naszego przewodnika by nie ulec wypadkowi. Jest tak ciemno, że bajeczne formy stają nam przed oczami dopiero wówczas, gdy na nie wpadamy. Z pomocą liny pokonujemy wodospad, wdrapując się pod bardzo silnym strumieniem wody. Chwila bezdechu, jeden z uczestników zachłystuje się wodą, lecz po chwili jest już na górze. Potem jeszcze skok z 3 metrowej skały do jednego z podziemnych basenów. Trzeba się zmieścić dokładnie w punkt wyznaczony światłem latarki, 20 cm dalej jest już skala. Czysty zastrzyk adrenaliny!

Wieczorem odwiedzamy inna grotę - tym razem suchą. Stoimy w środu, podziwiając monstrualne stalagtyty i stalagmity. Strażnik mówi coś o tajemniczym show, które ma się za chwilę odbyć. Nagle gasną światła i przepastną ciszę rozrywa świst, przelatujących nad naszą głową tysięcy nietoperzy. Czujemy tylko pęd powietrza na swoich twarzach.
Kolejnym punktem naszej wyprawy jest Tajamulco (4200mnpm), wygasły wulkan będący najwyższym punktem pasma górskiego w Ameryce Środkowej. Docieramy do Tuchaj, wioski położonej najbliżej szczytu. Wokół tylko góry i piaszczysta droga. Stoimy pośrodku i bezradnie rozglądamy się dookoła. Nie ma tu kompletnie nic! Naiwnie liczyłyśmy chociażby na prymitywny hotelik, żeby móc odpocząć przed jutrzejszą wspinaczką.
Nagle ktoś po drugiej stronie szosy macha do nas rękoma. Gringos! Rozbijamy wspólny obóz. W poszukiwaniu jedzenia docieramy do Tiendy (hiszp. tienda - sklep) Gomez. Pani otwiera drzwi zamknięte wielką kłódka, w środku skrzynka pepsi i karton wafli. Bierzemy co było aby nie robić przykrości. Wieczorem rozpalamy ognisko organizując wieczór wymiany kulturalnej. Prócz nas jest kilku dorosłych i chmara umorusanych dzieciaków. Panuje serdeczna atmosfera i wszyscy widząc dwie młode dziewczyny proponują nam swój dom na nocleg. Upieramy się, że nocujemy pod chmurką. Budzimy się bardzo wcześnie rano. Na zewnątrz mży. Z nadzieją patrzymy w niebo. We mgle wyruszamy pod górę. Po czterech godzinach w okolicy południa przejaśnia się. Widok zapiera dech - grafitowy, skalisty trapez na tle błękitnego nieba. To nasz pierwszy czterotysięcznik! Z jednej strony morze chmur, z drugiej góry pokryte siateczką dróg i wiosek, a pośrodku czarny krater i my!
————————————————————————————————————————————-
Forum Polish Explorer Dodaj zdjęcia Dodaj przygodę Galeria Polish Explorer Login / Rejestracja
Popularność : 5%




















